Białoruś - sierota Europy

Białoruś - sierota Europy

Bartosz Rutkowski
PL
24.01.2016

Partnerstwo od niechcenia

Białoruś stała się obiektem zauważalnym w momencie wielkiego rozszerzenia w roku 2004. Jednak powód był jak najbardziej prozaiczny – zetknęła się z zewnętrzną granicą Unii a niedługo potem granicą strefy Schengen. Dopiero wtedy współpraca z tym krajem stała się konieczna,       a zabezpieczenie granicy jedynie od strony unijnej nie mogło przynieść oczekiwanych efektów. Wtedy także musiał się zmienić stosunek Białorusi do Unii Europejskiej. Zmiany, chociażby te zaprowadzane w ruchu granicznym, wymagały i wymagają ogromnych nakładów, a transfer środków do krajów kojarzonych bardziej z autorytaryzmem niż demokracją co najmniej budzi wątpliwości. I tak jak każdy z krajów Unii w swoim własnym zakresie może prowadzić politykę podwójnych standardów, przekładając interes ponad wartości, tak Unia Europejska całe swoje podłoże polityczne zakotwicza        w zasadach moralnych oraz prodemokratycznych. Unia bowiem, choć powstała na gruncie współpracy gospodarczej, to w kontaktach zewnętrznych zaczęła się przeobrażać przede wszystkim w wyznacznik idei i postulatów kojarzonych z szeroko rozumianym światem Zachodu.

Partnerstwo UE i Białorusi nie mogło być i nie jest łatwe do dnia dzisiejszego. Przez ostatnie lata stosunki między Białorusią i poszczególnymi instytucjami unijnymi były chłodne lub wręcz zamrożone. W przypadku Parlamentu Europejskiego było to kilkanaście lat, podczas których oficjalne wizyty nie miały miejsca. Zmiana nastąpiła dopiero w roku 2015, kiedy po 12 latach w pierwszą oficjalną wizytę na Białoruś udała się delegacja Parlamentu Europejskiego. Ta wizyta nie należała do łatwych, nie była także szeroko opisywana w prasie białoruskiej czy europejskiej. I choć w przypadku Białorusi to nie dziwi, tak brak odnotowania tego faktu przez prasę europejską – a nawet polską – świadczy jedynie o zmniejszonym zainteresowaniu tematem.

Z europejskiego punktu widzenia

Białoruś także z perspektywy polskiej nie jest jednym z głównych priorytetów polityki zagranicznej. Zmieniająca się sytuacja ostatnich lat każe się skupiać na problemach Ukrainy czy współpracy z państwami bałtyckimi. W tym kontekście kraj, z którym Polska nie posiada wielu sporów historycznych, także tych dotyczących granic, jest nie tylko trzecio- czy czwartorzędny, ale wręcz mało ciekawy.

Jeśli tak podejście wygląda z perspektywy polskiej, to trudno sobie wyobrazić, by inne kraje Unii poświęcały tej kwestii więcej uwagi. Jedyny członek UE, który prowadzi obecnie wzmocnioną współpracę na dużą skalę z Białorusią, to Litwa. Jest to jednak tylko (aż?) biznes. Kwestie rządów autorytarnych zostają na bocznym torze.

Czasy w których Europa chwieje się pod naporem światowego kryzysu, wędrówką ludów XXI wieku, ewentualnością Brexitu, do tej pory nie zamkniętą kwestią kryzysu w Grecji oraz dochodzeniem do władzy skrajnej prawicy i nacjonalistów, nie sprzyjają rozwijaniu kontaktów z Białorusią. Z drugiej strony, czy kiedykolwiek istniał dobry dla tego moment?

Dzisiejsza zmęczona Europa nie chce się już starać. Łukaszenka, balansując między Rosją a UE, jest całkowicie niewiarygodny. Mimo przyjaznych gestów i zniesienia części sankcji Unia Europejska zdaje się nie umieć znaleźć swojego miejsca w relacjach z Białorusią. Ale warto dać jej jeszcze szansę. Ostatnie miesiące pokazały, że polityka zagraniczna UE może być skuteczna, chociaż niekoniecznie decyzyjna. Federica Mogherini sprawnie znalazła swoje miejsce przy stole, zajętym przez światowe mocarstwa, w sprawie Iranu. Dlatego wydaje się kwestią czasu, by  i w relacjach ze wschodnimi partnerami Unia zaczęła odgrywać poważniejsza rolę.

Brak punktów zaczepienia

To, czego możemy się obawiać, to kwestia „przespania” naszego czasu w relacjach z Białorusią. Obecnie białoruski reżim, pozostawiony sam sobie i mocno związany z rosyjską gospodarką, wydaje się pikować. Jest to idealny czas na drobne „przekupstwa” Zachodu oraz wskazywanie nowej drogi politycznej. Znoszenie sankcji nie jest wystarczające.

Odmienną kwestią jest brak silnej opozycji oraz innych podmiotów reprezentujących społeczeństwo obywatelskie, które mogłyby prowadzić dialog z Unią Europejską. Zachód potrzebuje partnera i oparcia w białoruskim społeczeństwie, tak samo jak białoruska scena opozycyjna wymaga jednego lidera, który będzie upoważniony do tego, by odebrać tzw. „telefon z Brukseli”.

Tego jednak na Białorusi nie uświadczymy. Białoruska opozycja jest podzielona i zajęta walkami o wpływy w swoim gronie, a – co najbardziej frustrujące – w niektórych momentach ociera się o flirt polityczny z reżimem. Utrzymanie status quo to jej cel nadrzędny.

Brak silnej opozycji i perspektywy wewnętrznej zmiany oraz brak zaufania społeczeństwa do opozycji skutkuje brakiem inwestycji UE w tę sprawę. Mówiąc o inwestycji, nie chodzi tylko o środki, ale także o czas i samo zainteresowanie polityków. Białoruś nie jest obecnie problemem Europy, nie jest jej „wschodnim pupilkiem” jak Gruzja. Białoruś jest jej pierwszą sierotą. Sierotą polityki zagranicznej Unii Europejskiej.

Pozostaje mieć nadzieję, że nie będzie to stan permanentny.