Białorusin jedzie na front

Białorusin jedzie na front

Grzegorz Łakomski (pod pseudonimem Tadeusz Czacki)
PL
01.03.2016
Sergey Martselev

Łączy ich to, że są Białorusinami i ryzykują, jeżdżąc z pomocą dla cywilów po obu stronach frontu na Ukrainie. Różni to, że jedni traktują Rosję jak wroga, a dla drugich Kreml to sojusznik.

Marina i Wika nie muszą odrabiać lekcji i spędzają popołudnie w ciemnej, zatęchłej piwnicy. Siedzą na tapczanie i czytają przy wątłym świetle lampki. W wąskim pomieszczeniu jest jeszcze drugi tapczan, a na zakurzonych półkach przytwierdzonych do ceglanych ścian piwnicy stoją książki. Z komina, który wychodzi przez ścianę, unosi się dym. W odległości kilkuset metrów słychać strzały. Pół godziny wcześniej pocisk dużego kalibru uderzył w sklep.

Miejscowość Spartak pod Donieckiem to obecnie linia frontu. – Nie boimy się. Do szkoły jeździmy same autobusem – deklaruje dziarsko Marina. Wiera, jej matka, też jest do ostrzału przyzwyczajona. – W ciągu ostatnich miesięcy na palcach jednej ręki można było policzyć dni, gdy nie było wymiany ognia– opowiada. Podaje herbatę białoruskim wolontariuszom, którzy przyjechali do Spartaka z transportem podarków dla dzieci. Gdy poprzedniego dnia zaczęli wyciągać z samochodu torby i kartony, dzieci podbiegły i zaczęły same po nich buszować, szukając prezentów. Matwiej i Maksim byli zaskoczeni ich śmiałością, choć sami wiedzą, jak sobie radzić z dzieciakami. Są w okolicach trzydziestki, ale pierwszy ma już trzy córki i syna, a drugi – czterech synów. Matwiej jest reporterem w rosyjskim kanale prawosławnym. W Donbasie – czwarty raz. Gdy wrócił z trzeciej wyprawy, żona zrobiła mu awanturę i zakazała dalszych wyjazdów. Tym razem jest przekonana, że Matwiej jest w zachodniej Europie. Dla Maksima to pierwsza wyprawa do Doniecka. – Powiedziałem żonie, gdzie jadę. Pobłogosławiła – mówi. Jest reżyserem i specjalizuje się w filmach o tematyce religijnej.

Swoją bazę wypadową w Doniecku mają w szpitalu położonym niedaleko lotniska, na którym miesiącami trwały najcięższe walki. Obecnie to wymarła część miasta. Pobliski klasztor jest w ruinach, a większość budynków mieszkalnych nosi ślady pocisków. Tylko szpital niezmiennie pracuje. Operacje przeprowadzano nawet pod ostrzałem. Jeden z chirurgów całą noc trzymał nerwy na wodzy. Puściły nad ranem, po operacji. Wybiegł z Sali, krzycząc, że jest zwykłym lekarzem, a nie frontowym. Mimo zawartego latem 2015 r. zawieszenia broni na oddalonym o kilometr odcinku frontu cały czas jest niespokojnie.

Przytulona do pnia

Zimowy poranek. Po całonocnej wymianie ognia nastała cisza. Do Maksima i Matwieja, stojących pod szpitalem, dołącza szczupły, siwy mężczyzna z pasem ozdobionym gwiazdą Armii Czerwonej. Iwan jest z Kramatorska. Tam walczył w szeregach separatystów. Opowiada, że pod koniec kwietnia 2014 r. był z kolegą na rybach. Dzień później zaczął się szturm ukraińskiej armii na miasto. – Stałem na warcie przy czołgu, gdy żona przyniosła mi termos i kanapki. Wtedy zaczęła się kanonada – opowiada. Przed budynek wybiega kundel przygarnięty przez pracowników szpitala. Wabi się Żuża. Jest znany z tego, że żywił się mięsem zabitych podczas ostrzału w Doniecku. Jakby na pamiątkę tamtych dni stoją, oparte o ścianę szpitala, zniszczone w trakcie ostrzału okna.

Nowe kupił Mykoła, główny organizator pomocy z Białorusi. Jego siwe włosy kontrastują z dynamicznym stylem bycia. Jest pisarzem. W 2014 r. dostał nagrodę Rosyjskiego Związku Pisarzy za książkę o komunistycznych represjach lat 30. W kolejnym roku pisanie zeszło na dalszy plan, gdy zobaczył na własne oczy, w jakich warunkach żyją ludzie w Donbasie. – Po drugiej stronie działa wiele organizacji z Ukrainy i z Zachodu. Tu pomocy brakuje. Wiele rodzin jest rozdzielonych przez front – mówi. Podkreśla, że pomoc trafia tylko do cywilów, a w zbiórkach pomaga białoruska Cerkiew prawosławna. – Łączy nas to, że jesteśmy prawosławni. Jesteśmy jak jeden naród – przekonuje Mykoła. Na początku grudnia został ojcem. Urodził mu się syn Piotr. Pisarz był wtedy zajęty organizowaniem kolejnego transportu. Ostatecznie musiał przesunąć wyjazd, ale nie z powodu porodu. W ostatniej chwili wycofał się wolontariusz, który miał użyczyć swojego samochodu. Jego rodzina postawiła weto po tym, jak poprzednim razem w Donbasie dostał się pod ostrzał.

Żona Mykoły nie protestuje, bo nie wie, w jak niebezpiecznym rejonie jest jej mąż. Utrzymał to w tajemnicy nawet podczas jednego z wcześniejszych wyjazdów, gdy zadzwoniła w czasie wymiany ognia przy szpitalu. – Musiałem odebrać, by nie zaczęła się martwić. Leżałem na ziemi z telefonem tam, na pierwszym piętrze – pokazuje na budynek. – Było słychać huk wybuchów. Co tam się dzieje, jakieś samoloty latają?  spytała. Tak, tak, to samoloty – zapewniłem – śmieje się Mykoła. – Zbierajcie się, jedziemy – ucina rozmowę. Z Matwiejem i Maksimem będą jeździć po całym Doniecku i przekazywać ludziom jedzenie, lekarstwa i pieniądze.

W pobliskim domostwie Ola zapala świeczkę na stoliku pod świętym obrazem w pokoju. Religijne wizerunki wypełniają szczelnie większość miejsca na ścianach. Starsza kobieta wychodzi przed dom i opowiada, jak przeżyła najcięższy ostrzał. – Byłam wtedy w ogrodzie. Wzięłam na ręce przerażonego psa i przylgnęłam do pnia drzewa. Pies został trafiony, a mnie nie drasnęło. Pochowałam biednego pieska tu, w ogrodzie – mówi łamiącym się głosem. – Nie chcę stąd iść. To mój dom. Mieszkałam tu z matką, gdy byłam mała – zaczyna płakać. Dach jej domu jest zerwany przez pocisk i połatany dyktą i folią. Przez brak ogrzewania panuje przenikliwe zimno.

Wolontariusze podłączają do prądu grzejnik, który przywieźli z Mińska. Samochodem wypełnionym po dach podarkami przejechali przez Rosję do Doniecka ponad 1500 km. Drogę umilają sobie sowieckimi pieśniami z drugiej wojny światowej i dyskusjami o polityce. – Rozmawiałem z kolegą, który nie mógł zrozumieć, jak można popierać Putina, który był w KGB. I co z tego? – odpowiedziałem – śmieje się Maksim.

– Gdyby nie KGB, nikt by się nie przeciwstawił USA i nie byłoby wówczas równowagi na świecie – wtóruje mu Matwiej.

Przejście graniczne między Rosją a nieuznawaną przez świat Doniecką Republiką Ludową oficjalnie nie istnieje, jednak działa. Rosyjscy celnicy są przyjaźni. Funkcjonariusz ze służby granicznej DNR traktuje wolontariuszy z dystansem. – Ten wasz Łukaszenka nie może się zdecydować, po której stronie stoi – uśmiecha się krzywo, ale przepuszcza Białorusinów. Ruszają do szpitala w Doniecku. Dwa miesiące wcześniej z Belgii przez Polskę na Ukrainę wyruszyło dwóch innych Białorusinów z transportem pomocy humanitarnej. Ich celem był szpital w Ariomowsku, po drugiej, ukraińskiej stronie linii frontu.

Na ratunek Zorka

Połowa października, centrum Warszawy. W korku stoi wypełniony pudłami po dach samochód, który na lawecie ciągnie pomalowaną w jaskrawe barwy karetkę. Do Andrieja dzwoni synek Aleks. – Nie mogę rozmawiać. Jestem w Polsce – ucina rozmowę Andriej. Dwa dni wcześniej za pieniądze białoruskich darczyńców kupił w Holandii używaną karetkę i pokonał niemal 1500 km do Warszawy. Przed sobą ma 800 km do Kijowa i kolejne 700 do Ariomowska, gdzie ambulans trafi do przyfrontowego szpitala. Podczas postoju na stacji benzynowej w Lublinie Andriej na pokrytej brudem masce karetki kreśli słowo „Zorka”, czyli gwiazda. To już trzecia karetka, która trafi na front.

Andriej jest przed trzydziestką i pracuje jako trener motywacyjny. Mieszka w Homlu, na wschodzie Białorusi, ale od wybuchu wojny na Ukrainie średnio siedem dni w miesiącu poświęca na organizowanie pomocy humanitarnej i wspieranie medyków pracujących na froncie. – W ten sposób pomagamy wszystkim, zgodnie z przysięgą Hipokratesa. Wśród rannych są cywile, żołnierze ukraińscy i pojmani w niewolę separatyści – wyjaśnia. Przyznaje, że jego zaangażowanie ma wpływ na życie osobiste: – Rodzina się rozpada. Będziemy się rozwodzić z żoną. Przez wydarzenia na Ukrainie nie może dojść do porozumienia z ojcem, który od siedmiu lat mieszka w Moskwie. – Było ciężko. Prawie się pobiliśmy – opowiada.

O północy dociera do granicy z Ukrainą. Polski celnik, przeglądając dokumenty, kręci głową. – Trzeba będzie zarejestrować auto w urzędzie w Tomaszowie – rzuca i odsyła do kolejnego funkcjonariusza. – Z Holandii na Ukrainę? Między Holandią a Ukrainą jest taki kraj jak Polska. Dlaczego tu nie ma dokumentów po polsku? – pyta następny, ale po namyśle pozwala przejechać. Pozostają formalności po drugiej stronie granicy. Ukraińska urzędniczka niespiesznie odbiera dokumenty i każe czekać. Formalności trwają do szóstej rano. Andriej wspomina Michaiła Żyźniewskiego, Białorusina, który był jedną z pierwszych ofiar snajperów podczas protestów w Kijowie w 2014 r. Był na jego pogrzebie pod Homlem. Pod wpływem wydarzeń na Majdanie Andriej został wolontariuszem. – Wtedy zrozumiałem, że przez wspólne działania obrońców praw człowieka i dziennikarzy można wiele zrobić – mówi.

Następnego dnia Andriej dociera do Kijowa, gdzie dowiaduje się, że rejestracja samochodu w ukraińskim urzędzie będzie trwała dwa tygodnie. Do domu w Homlu dociera o trzeciej nad ranem. Nie ma czasu na zabawę z synem. O siódmej musi służbowo jechać do Mińska.

Na Ukrainę wrócił miesiąc później. Ambulans „Zorka”, już na ukraińskich rejestracjach, rozpoczął służbę na froncie. Sylwestra Andriej też spędził na Ukrainie. Na Facebooku napisał po ukraińsku: „Szczęśliwego Nowego Roku, Ukraino! Na zawsze jesteśmy braćmi! Jestem dumny, że mogę wspólnie z wami toczyć tę walkę”.

Czekaliśmy na świt

Na Białorusi jako pierwsza tę walkę zaczęła Tatiana. Od początku wojny organizowała zbiórki pieniędzy i odzieży dla Ukraińców walczących w ochotniczych formacjach. Ma 35 lat, razem z mężem, który jest Ukraińcem, działają w organizacjach walczących o prawa człowieka. Z czwórką dzieci mieszkają w nowoczesnym apartamencie w Mińsku. W przedpokoju stoją dwa 50-kilogramowe miechy z ziemniakami. To typowo białoruski zwyczaj gromadzenia zapasów na zimę. W powietrzu unosi się ostra woń lakieru, bo gospodyni malowała drewnianą szafę. – Dzieci są u dziadków, żeby się nie otruły, mąż jak zawsze w delegacji – wyjaśnia. Sprawy w swoje ręce wzięła w 2011 r., gdy białoruski sąd skazał na śmierć dwóch mężczyzn oskarżonych o podłożenie bomby w mińskim metrze. Tatiana razem z dwoma synami poszła pod siedzibę Łukaszenki z petycją o ułaskawienie, balonikami i transparentem z napisem: „Panie prezydencie, kto obroni prawo moich dzieci do życia?”. – Córkę zostawiłam w domu. Petycję zdążyłam przekazać, ale natychmiast zostałam zatrzymana. Za kraty nie mogli mnie wsadzić, bo byłam wtedy ciężarna, ale sąd mnie skazał na olbrzymią grzywnę – opowiada.

Pierwszy raz w demonstracji opozycji w Mińsku wzięła udział po wyborach prezydenckich w 2006 r., gdy miała już małe dzieci. – Nie wyobrażałam sobie innego wyboru, chociaż funkcjonariusze KGB w telewizji grozili, że będziemy mięsem armatnim. Czekaliśmy w miasteczku namiotowym na świt. Było w tym coś pogańskiego. Wzejdzie słońce, siły ciemności odejdą i nie będą nas bili. Do następnej nocy – wspomina.

Na stoliku, obok zdjęcia młodszego syna, stoi fotografia, na której Tatiana emocjonalnie przekonuje Aleksandra Milinkiewicza, jednego z kandydatów na prezydenta, że trzeba zachować miasteczko namiotowe. Uśmiecha się, patrząc na zdjęcie, i przypomina sobie: – Cytowałam wtedy Lenina: „Komitet Smolny trzeba było zdobyć wczoraj, jutro będzie późno. Będziemy brać dziś!”.

Żona znowu krzyczała

Koniec grudnia. Prawosławne centrum kultury przy cerkwi na warszawskiej Pradze. Starszy mężczyzna nerwowo spaceruje z telefonem przy uchu. Czeka na Matwieja i dopytuje, kiedy pod świątynię podjedzie ciężarówka. Zagaduje jednego z duchownych. – O dwunastej ma przyjechać samochód. Będzie go można poświęcić? – pyta. Tir z pomocą humanitarną ma wyruszyć z Polski przez Białoruś, Rosję i wjechać do Ługańskiej Republiki Ludowej od wschodu. Białoruscy wolontariusze są pomocni, bo tę trasę pokonali już kilkakrotnie.

Starszy pan nie chce ujawnić nawet imienia. Podkreśla, że zbiórkę darów dla ludności Doniecka i Ługańska organizowało prawosławne Bractwo Cyryla i Metodego. – To pierwszy taki transport. Nie jedziemy przez Ukrainę, bo tam działają różne bandy, rozgrabiliby samochód. Poza tym tam trzeba płacić łapówki wysokości 500 euro – wyjaśnia. Przyznaje, że zaskoczył go duży odzew w Polsce na prośbę o wsparcie do ludzi w Donbasie. – W takiej sytuacji polityka nie gra roli – ocenia. W południe pod budynek cerkwi podjeżdża tir na rosyjskich rejestracjach i z napisem „Pomoc humanitarna z Polski do Ługańska i Doniecka”. Po poświęceniu przez duchownego rusza na wschód.

Matwiej wraca do Mińska. Jego koledzy żartują, że zadrapania, które ma na policzku, to nie przypadek. W końcu musiał się przyznać, że w grudniu nie był na Zachodzie, tylko na linii frontu. – Powiedziałem żonie, że byłem w Doniecku. Znowu krzyczała – uśmiecha się, ale nie wyklucza, że tam wróci. W Polsce bywa często, ale nie może zrozumieć niektórych opinii, które słyszy w mediach. – Rosja nie jest przeciwko Ukrainie. Sprzeciwia się tylko budowaniu jej pozycji na nienawiści do Rosji – przekonuje.