Polka w Mieście Słońca

Polka w Mieście Słońca

Joanna Kozioł
PL
15.03.2016

Mieszkam w Mińsku od dwóch lat. Dobrowolnie. Wiele osób dziwi się, co ja tu robię. Dlaczego nie zostałam w Warszawie, albo nie wyjechałam do jakiegoś zachodniego kraju? Przecież Białorusini, jeśli tylko mogą, to starają się wyjechać. Odpowiedź jest banalna: moja druga połówka jest Białorusinem. Dlatego też pracuję na jednej z mińskich uczelni i prowadzę lektorat języka polskiego.

Skończyłam kulturoznawstwo Europy Środkowo-Wschodniej. Podczas studiów zajmowałam się Białorusią, więc zanim przyjechałam do Mińska miałam już pewien obraz tego miejsca – miasta tak czystego, że można jeść z asfaltu, miasta z Leninem na głównym placu, miasta, które bardzo ucierpiało podczas wojny. Sporo przypuszczeń okazało się prawdą, Lenin dalej stabilnie stoi na swoim miejscu. Część to jednak jedynie mity.

 Joanna Kozioł

Mińsk, autor: Joanna Kozioł

Po białorusku czy po rosyjsku?

Zarówno od Polaków, jak i Białorusinów często słyszę podobne pytania. Polacy pytają mnie o ceny „Ale jak to? Mleko kosztuje 10 000? Ile to wyjdzie na nasze?”. Białorusini ciekawi są informacji o wyprzedażach i ile kosztuje sweter w Polsce? Polacy często pytają mnie o język. Mieszkam w Mińsku, to pewnie muszę świetnie mówić po białorusku. Białoruś ma jednak dwa języki urzędowe: białoruski i rosyjski. W kraju dominuje ten drugi. Białoruski często słyszę w komunikacji miejskiej. W tym języku są czytane komunikaty („Ustupajcie miesca dla siażenia żenszczynam z dziaccmi”), zapowiadane są stacje metra oraz przystanki („nastupny prypynak: Rozy Liuksemburg”).

Czasami widzę reklamy po białorusku lub spotykam ludzi, którzy rozmawiają ze sobą w tym języku. Moi studenci twierdzą, że znają białoruski, jednak nie używają tego języka. Pamiętają pojedyncze słowa i mało kto jest w stanie porozmawiać w tym języku. Wielu z nich już go zapomniało. Gdy muszą uzupełnić formularz po białorusku, proszą o pomoc znajomych lub wykładowców.

Podróż w czasie

Znalazłam stare pocztówki Mińska z lat 70-tych. Zdjęcia były zrobione wiosną lub latem. Ulice były na nich prawie puste, niebo błękitne, a budynki błyszczały nowością. W mieście było dużo zieleni i mało samochodów. Patrzę na zdjęcia i odnoszę wrażenie jakby Mińsk aż tak bardzo się nie zmienił. Jakby czas stanął w miejscu. Powstało kilka modnych kawiarni, pojawiło się trochę reklam…

 Joanna Kozioł

reklamy w Mińsku, autor: Joanna Kozioł

Jeśli już mowa o reklamach, to bardzo często można zobaczyć tu plakaty promujące język białoruski i miłość do ojczyzny. Spotykam też takie, które pokazują znane postacie historyczne lub miejsca, które warto odwiedzić. W porównaniu z Warszawą, gdzie płachty reklamowe tak często zakrywają ściany budynków, Mińsk jest ich praktycznie pozbawiony. Reklamy pojawiają się jedynie na stacjach i w wagonach metro, na tablicach ogłoszeniowych lub w skrzynkach pocztowych. Można też spotkać billboardy przy ulicach, a już bardzo rzadko na budynkach. Sami Białorusini śmieją się, że to wynika z ich zacofania, a nie z szacunku do architektury.

Trudna miłość

Do Mińska przyjechałam w grudniu… i to nie był dobry pomysł. Mińsk najładniej wygląda letnimi nocami. A tu szara breja na ulicach, przenikliwy wiatr i mżawka. Trudno zakochać się w Mińsku od pierwszego wejrzenia. Monumentalne budynki i szerokie prospekty zaprojektowane są tak, by mogły po nich jeździć czołgi podczas wojskowych parady. Spacerowicz czuje się przy nich mały i nic nieznaczący.

Mińsk jest posklejany z różnych stylów. Miasto, zniszczone podczas wojny, zostało stworzone niemal od nowa. Obok stalinek i chruszczowek, bloków mieszkalnych z okresu radzieckich wodzów, można spotkać stare domki lub nowoczesne biurowce. Nie ma tu wieżowców. Zaskoczyło mnie, że w mojej dzielnicy nadal stoją małe, wiejskie domki jednorodzinne. Z wyciętą w drewnie koronką, która ozdabia okna, z walącym się drewnianym płotem i studnią na podwórku. Zimą, gdy wracam do domu czuję zapach dymu. Czasami widzę też mężczyznę, który wychodzi z wiadrem po wodę do stojącego na ulicy hydrantu. Władze miasta powoli jednak burzą te domki, a na ich miejscu budują nowe bloki mieszkalne.

 Joanna Kozioł

Mińskie podwórka, autor: Joanna Kozioł

Okna mojego mieszkania wychodzą na podwórko. Takich podwórek, z placem zabaw, ławkami i dziwnymi ozdobami jest tu bardzo dużo. Babcie spacerują z wnukami. Dzieci huśtają się na huśtawkach albo grają w ping-ponga. Czasami można spotkać pijane osoby, który mrucząc coś pod nosem wracają do domu. Zdziwiło mnie to, że dzieci nadal biegają po podwórku i mogą się normalnie bawić bez telefonów. Nie wiem, czy to specyfika tej dzielnicy czy wpływ białoruskiego powietrza. Dzieci wbrew wszystkiemu co się teraz mówi, nie spędzają całego dnia przed komputerem grając w Call of Duty.

Zawsze myślałam, że Białoruś jest bardzo uporządkowanym krajem. Takim wręcz ułożonym pod linijkę. Nie wiem skąd wziął się u mnie taki obraz. Być może dzięki opowieściom o czystych ulicach Mińska. Był to jeden z pierwszych mitów, z którym musiałam się zmierzyć. Mińskie ulice są co prawda bardzo czyste, ale tylko w centrum. Gorzej jest już kilka stacji metro dalej od centrum. Na ulicach gdzieniegdzie poniewierają się torebki foliowe lub opakowania po batonikach. Poza tym, tutejsi mężczyźni mają w zwyczaju pluć na ulicę, gdy idą i palą papierosa. Mińsk na obrzeżach zyskuje ludzkie oblicze. Dziwi mnie, że choć na ulicach jest mało koszy, to śmieci na ulicach wciąż jest niewiele. Może jest to wpływ wychowania, a może doskonałej pracy osób sprzątających ulice.

Mit uporządkowanej Białorusi legł jednak w gruzach na pierwszym odwiedzonym przystanku trolejbusowym. To było pierwsze spotkanie z białoruskim rozkładem jazdy. On jest, ale jakby go nie było. Na rozkładzie jest zapisana godzina i przykładowy czas oczekiwania na trolejbus. Na przykład w godzinach 9-12 trolejbus jeździ co 10 minut. I jak tu zgadnąć, czy masz przed sobą jeszcze 10 minut czy może mniej. Było to dla mnie dużym zaskoczeniem, przyzwyczaiłam się do “naszego uporządkowanego” rozkładu jazdy. Miński transport nie jeździ w nocy. Ostatnie autobusy odjeżdżają o północy, a metro godzinę później. W nocy można więc liczyć tylko na taksówki lub własne nogi.

Mińsk jest trudny do polubienia. Ale też nie można być wobec niego obojętnym. Kiedy myślę, że nic mnie już tutaj nie zaskoczy, zawsze znajdzie się coś, co mnie zadziwi. Na przykład kolejki do kantorów (swojego czasu ludzie namiętnie kupowali dolary), genialne miejsce do coworkingu – IMAGURU, panowie, którzy jesienią sprzedają ziemniaki i kiszone ogórki wprost z samochodu albo panie, które handlują rzeczami kupionymi w polskich sklepach. Do Mińska warto przyjechać. Chociażby po to, by zobaczyć, że nie jest tu aż tak strasznie.